Jako programiści doskonale znamy ten stan: kod się kompiluje, taski zamykają, ale w głowie zaczyna brakować pamięci RAM na codzienne życie. Kiedy poczułem, że czas na reset i bezwzględne odcięcie od powiadomień na Slacku, wybór padł na kierunek, który regularnie przewijał się w rekomendacjach znajomych z branży – Chorwację, a dokładniej: Zadar.
Większość ludzi kojarzy ten rejon z gwarantowaną pogodą i nieskazitelnie czystym Adriatykiem. My jednak z żoną lubimy dzielić urlop na dwie różne fazy: odkrywczą (aktywną) oraz rekreacyjną (czysty relaks). Dlatego postanowiliśmy podzielić nasze bazy noclegowe na dwa zupełnie inne miejsca.
Oto jak wyglądał nasz urlopowy refactoring sił życiowych.
Krystalicznie czysty Adriatyk i malowniczy zachód słońca w Zadarze — idealna baza startowa naszego resetu.
Faza 1: Zadar – Stare Miasto, które gra w rytm morza
Na pierwszą, „odkrywczą” część wyjazdu wybraliśmy samo serce starego miasta w Zadarze. To genialny punkt wypadowy, ale też miejsce z niesamowitym klimatem. Stare Miasto tętni życiem do późnych godzin nocnych, a przy tym jest tam niesamowicie bezpiecznie.
Zadar ma w sobie coś magicznego, ale jedno miejsce dosłownie nas urzekło: Morskie Organy (Morske Orgulje) oraz sąsiadująca z nimi instalacja świetlna Pozdrowienie Słońca.
Jak działają Morskie Organy?
To niesamowity system rur wbudowanych w kamienne schody nabrzeża. Muzyka jest tu tworzona bezpośrednio przez fale morskie. W zależności od humoru Adriatyku i siły uderzeń, organy grają bardziej lub mniej intensywnie. Dźwięk jest niesamowity, hipnotyzujący i słychać go z daleka. Wieczorny spacer w tym miejscu, gdy dźwięki natury łączą się z zsynchronizowaną grą świateł, to najlepsza terapia na przebodźcowany technologią mózg.
Instalacja świetlna Pozdrowienie Słońca i schody Morskich Organów tętniące życiem po zmierzchu.
Kapitan, pies Nina i potęga Instagrama
Wędrując po Zadarze, trafiliśmy na lokalnego celebrytę. Starszy pan, który przez wielu turystów (dosyć mylnie) brany jest za bezdomnego, pływa na małej łódce z psem – suczką o imieniu Nina. To pies iście królewskiej rasy, podarowany mu przez lokalnego biznesmena, który chciał ulżyć panu w cierpieniu po stracie poprzedniego czworonoga.
Dziś piesek jest gwiazdą Instagrama. Turystów zachwyca ten widok, robią sobie z nimi zdjęcia, a kapitan w ten sposób zarabia na spokojne życie na swojej łodzi. To fascynujące, jak nowoczesna technologia (social media) potrafi dać komuś niezależność i pozwolić żyć dokładnie tak, jak chce.
Niezwykłe chwile i lokalny koloryt starego miasta w Zadarze.
Zadar i sekrety inżynierii sprzed wieków
Podczas planowania kolejnego dnia – wyprawy na legendarne Jeziora Plitwickie (które jako punkt z listy UNESCO ze swoimi trasami wokół kaskad wody są absolutnym must-have na aktywny reset) – trafiliśmy na świetnego przewodnika. Gość zaoferował nam świetny pakiet: wycieczkę na jeziora, a do tego w pakiecie lokalne zwiedzanie Zadaru z przewodnikiem w „najlepszej możliwej cenie”. A jak wiadomo, dla każdego oszczędnego podróżnika jedyna prawidłowa cena to... za darmo! ;)
To był strzał w dziesiątkę. Nasz przewodnik wraz z rodziną prowadzi mały bar przy Placu Pięciu Studni.
Sam plac kryje genialny majstersztyk dawnej inżynierii. Studnie te wybudowali Wenecjanie w XVI wieku, aby miasto było w pełni samowystarczalne. Dzięki zaawansowanemu systemowi filtracji deszczówki, Zadar był w stanie przetrwać wiele miesięcy oblężenia armii osmańskiej bez zewnętrznych dostaw wody. Jako fan przemyślanej architektury systemowej, byłem pod ogromnym wrażeniem.
Majestatyczne wodospady w Parku Narodowym Jezior Plitwickich — potęga natury w najczystszej postaci.
Gentryfikacja i lokalna optymalizacja czasu
Rozmowa z przewodnikiem zeszła też na nieco głębsze tematy. Opowiedział nam o tym, jak Zadar zmienia się od środka. Turystyka sprawia, że z zabytkowego centrum powoli ubywa rdzennych mieszkańców, którzy żyją tu na co dzień. Kamienice zamieniają się w apartamenty dla turystów, przez co naturalna, sąsiedzka tkanka miasta powoli zanika i trudniej o takie stałe, lokalne znajomości, zwłaszcza w spokojniejszych miesiącach zimowych.
Co ciekawe, nasz przewodnik z uśmiechem zarzekał się, że nigdy nie sprzeda swojego domu w centrum. Z zewnątrz może nie wygląda luksusowo, ale w środku ma wszystko, czego potrzeba. Najbardziej ceni brak „dojazdów”. Szkoła, uniwersytet, sklepy, morze – wszystko w zasięgu kilku minut piechotą. Podczas gdy mieszkańcy wielkich metropolii marnują lata życia w korkach, on ma pełną optymalizację czasu.
Pohwalił też strategię Chorwacji – na nabrzeżu wokół organów nie znajdziesz wielkich, betonowych molochów hotelowych. Państwo dba o to, by komercja nie zabiła magii i klimatu tego miejsca.
Drewniane ścieżki prowadzące przez kaskady i krystaliczną wodę Plitwickich Jezior.
Lokalny stack technologiczny w szklance: P.T. i Maraschino
Siedząc z przewodnikiem w jego barze, nie mogliśmy nie przetestować lokalnych klasyków. Jeśli będziecie w Zadarze, musicie spróbować dwóch drinków, które są spontanicznym hitem tutejszych knajp:
- P.T. (Pelinkovac & Tonic): Genialny w swojej prostocie miks. Baza to Pelinkovac – tradycyjny, chorwacki likier ziołowy na bazie piołunu (w smaku przypomina trochę skrzyżowanie Jagermeistera z ziołowymi bittersami, ale ma swój unikalny charakter). W połączeniu z klasycznym tonikiem i cytryną tworzy świetny, orzeźwiający zestaw. Powiem Wam jedno: to było tak dobre, że buteleczka Pelinkovaca poleciała ze mną w bagażu prosto do domu!
- Zadar Maraschino Cocktail / Maraschino Spritz: Zadar to historyczna ojczyzna likieru Maraschino, produkowanego z destylowanych wiśni maraska. W wersji Spritz barmani łączą go z prosecco, wodą gazowaną i świeżą miętą. Słodko-wytrawny reset w czystej postaci.
Pelinkovac i Maraschino Spritz – orzeźwiający lokalny stack na upalne popołudnia.
Cyfrowa jakość zwłok z I wieku, czyli wizyta u św. Szymona
Na koniec zwiedzania przewodnik rzucił luźną rekomendację: „Odwiedźcie mały, lokalny kościół św. Szymona. Sam nie jestem zbyt religijny, ale to miejsce ma niesamowitą historię”. Zaintrygowało mnie to na tyle, że następnego dnia rano namówiłem żonę na szybki spacer.
W kościele byliśmy niemal sami. Po krótkiej modlitwie podeszła do nas starsza kobieta. Gdy usłyszała, że jesteśmy z Polski, w jej oczach pojawiły się autentyczne iskry. Zaczęła opowiadać nam historię, która brzmiała jak scenariusz filmu przygodowego.
Okazało się, że za ołtarzem, w wielkim, wiszącym sarkofagu spoczywa ciało św. Szymona Sprawiedliwego (tego biblijnego starca, który trzymał na rękach małego Jezusa). Naukowcy potwierdzili, że to doskonale zachowane zmumifikowane zwłoki mężczyzny z tamtego okresu. Do Zadaru trafiły przypadkiem w XIII wieku, gdy statek kupca uciekającego przed sztormem musiał tu zacumować. Kupiec skłamał, że wiezie ciało zmarłego brata, ale przed śmiercią wyznał prawdę.
Polski wątek i niefortunny palec
W historii pojawia się też mocny polski akcent! Chodzi o Elżbietę Bośniacką – żonę Ludwika Węgierskiego (króla Węgier i Polski). Według legendy, podczas odwiedzin kościoła królowa potajemnie ułamała i ukradła palec świętego, po czym jej dłoń została sparaliżowana. Przerażona i skruszona, w ramach zadośćuczynienia ufundowała imponujący, ważący ćwierć tony sarkofag ze srebra i złota, wspierany przez figury aniołów, który do dziś wisi w kościele.
Kobieta nagle spojrzała na nas i zapytała, czy chcemy podejść i dotknąć szklanej trumny z bliska. Zszokowany zgodziłem się bez wahania. Podeszliśmy, dotknąłem szkła i muszę Wam powiedzieć jedno:
Stan zachowania tych zwłok po dwóch tysiącach lat był lepszy niż niejedno legacy repozytorium kodu, nad którym w życiu pracowałem!
Poczuliśmy wtedy niesamowitą magię i ekscytację. Dopiero później, sprawdzając informacje, dowiedziałem się, że oficjalne otwarcie sarkofagu dla odwiedzających odbywa się tylko raz w roku – 8 października. Mieliśmy ogromne szczęście, że trafiliśmy na tak życzliwą osobę i świetną rekomendację od przewodnika.
Wiszący nad ołtarzem majestatyczny srebrno-złoty sarkofag św. Szymona ufundowany przez Elżbietę Bośniacką.
Faza 2: Hotel Pinia – zapach dzieciństwa i pełny relaks
Po intensywnym zwiedzaniu i rejsie po okolicznych wyspach nadszedł czas na wdrożenie fazy rekreacyjnej. Przenieśliśmy się pod Zadar do miejscowości Petrčane, do Hotelu Pinia.
Nazwa hotelu nie jest przypadkowa – cała okolica otoczona jest gęstym, pachnącym lasem sosnowym. Gdy tylko wysiadłem z samochodu, uderzył mnie zapach, który natychmiast wywołał potężną dawkę sentymentu. Poczułem się jak dzieciak na obozie w polskim Boszkowie albo innych ośrodkach z dzieciństwa. Ten specyficzny klimat i zapach sosny połączony z morską bryzą niesamowicie mnie nastroił.
Hotel leży tuż przy samym morzu, z dala od zgiełku. Spędziliśmy tam długie godziny na pełnym resecie – czytając książki i przeglądając artykuły technologiczne (no dobra, branży nie da się tak całkowicie odciąć).
Alert Podróżniczy:
Woda w Chorwacji jest krystalicznie czysta, ale dno bywa kamieniste i pełne jeżowców. Ochrona stóp pod postacią butów do wody to absolutny standard, jeśli nie chcecie spędzić urlopu na chirurgii wyciągając kolce ze stóp lub leczyć poparzeń!
Chwile wyciszenia i relaksu nad basenem Hotelu Pinia w Petrčane.
Logistyka w podróży – jakich narzędzi użyliśmy?
Jako techniczny self-made man, lubię optymalizować procesy, również te podróżnicze. Oto dwa tipy, które świetnie się u nas sprawdziły:
- Uber vs. Lokalni przewoźnicy: Przemieszczając się po okolicy, zawsze odpalaliśmy Ubera, żeby sprawdzić bazową cenę. Co ciekawe, warto potem porównać to z lokalnymi taksówkami – czasami bezpośrednia negocjacja z lokalnym kierowcą dawała lepszą stawkę niż algorytm aplikacji.
- GetYourGuide: Do rezerwacji większych wycieczek (jak ta na Jeziora Plitwickie) namiętnie używaliśmy tej aplikacji. Ogromną zaletą są autentyczne opinie użytkowników. Dzięki temu omijasz tradycyjne, turystyczne kioski na deptakach, gdzie kupujesz „kota w worku”. Tutaj dokładnie wiesz, czy dany przewodnik robi dobrą robotę.
Malownicza, kamienista plaża przy hotelu – zapach sosen i szum adriatyckich fal.
A jak wyglądają Twoje idealne wakacje?
Zadar okazał się idealnym miejscem na zbalansowanie energii. Wrzuciłem wyższy bieg podczas eksploracji historii miasta i totalny luz nad basenem w otoczeniu sosen.
A Ty jaki model urlopu preferujesz? Wolisz wylegiwać się bezczynnie niczym cronjob czekający bezwzględnie na swoją kolej, czy kręci Cię pełna aktywność? A może, tak jak ja, lubisz miksować odkrywanie nowych miejsc z zasłużonym lenistwem?
Podziel się swoimi przygodami i ulubionymi kierunkami w komentarzach!
Komentarze (0)
Dodaj komentarz